.
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
Welcome, Guest. Please login or register.

Autor Wątek: Taka jest moja prawda  (Przeczytany 4157 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline fiodor99

  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *******
  • Wiadomości: 1464
  • Thanked: 280 times
  • Ilość Plusów: 434
  • Płeć: Mężczyzna
  • Na forum od: 16.02.2016r.
  • System:
  • Windows 10 Windows 10
  • Przeglądarka:
  • Edge 14.14393 Edge 14.14393
Odp: Taka jest moja prawda
« Odpowiedź #75 dnia: 31 Marzec, 2017, 21:16 »
Czerwony Sanhedryn
Cytuj



W nocy z 31 marca na 1 kwietnia 1923 roku pewien polski kapłan stanął przed obliczem oprawców. Była Wielkanoc. Czekiści milczeli, wpatrując się w niepozornego mężczyznę, który nie złożył pokłonu rewolucyjnej Bestii. W celi słychać było tylko odmawianą spokojnym głosem modlitwę. Nagle rozległ się strzał.
 
W stolicy imperium
Konstanty Romuald Budkiewicz przyszedł na świat 19 czerwca 1867 roku, w Zubrach w guberni witebskiej.
Nauki szkolne pobierał w Kielcach, następnie w Lublinie, by w roku 1886 wstąpić do Seminarium Duchownego, a cztery lata później do Akademii Duchownej w Sankt Petersburgu. W roku 1893 uzyskał święcenia kapłańskie. Pracę duszpasterską sprawował początkowo w Pskowie, następnie w Witebsku, by od 1903 roku osiąść w Sankt Petersburgu.
 
Ówczesny Piter miał swoją specyfikę miasta będącego nie tylko polityczną, ale również kulturalną i naukową stolicą imperium rosyjskiego. Na początku XX stulecia około 3% jego mieszkańców (to jest bez mała 37 000 osób) deklarowało narodowość polską. Była to trzecia pod względem liczebności (po Rosjanach i Niemcach) wspólnota etniczna stolicy. Tak liczna trzódka wymagała przedsiębiorczego duszpasterza; znalazła go w osobie księdza Konstantego.
 
Kapłan rozpoczął posługę w parafii p.w. św. Katarzyny; szybko został jej proboszczem. Jego żarliwość, zapał i zdolności administracyjne zostały zauważone i docenione. Wkrótce księdza Budkiewicza mianowano dziekanem dekanatu petersburskiego, następnie honorowym kanonikiem mohylewskim.
 
Ksiądz Konstanty zaangażował się nie tylko w pracę duszpasterską, ale również w społeczną. Działał aktywnie w Lidze Narodowej, Towarzystwie „Sokół Polski”, Towarzystwie Dobroczynności. Dbał o rozwój szkolnictwa, a jego szczególną troską było szerzenie oświaty w najuboższych warstwach społeczeństwa.
 
Po wybuchu Wielkiej Wojny duszpasterz stanął na czele Polskiego Komitetu Pomocy Ofiarom Wojny. Wykorzystywał wszelkie dostępne środki, niosąc pomoc uchodźcom, jeńcom i innym rodakom, których wichry historii zagnały na ziemię rosyjską. Równocześnie, wyzyskując poluzowanie politycznej śruby oraz ówczesne pojednawcze działania caratu, pragnącego pozyskać sobie przychylność Polaków, kapłan przekształcił swą petersburską parafię w prawdziwe lokalne centrum polskości. To tutaj organizowano dokształcanie młodzieży, tu odbywały się uroczyste akademie patriotyczne, obchody ważnych rocznic i odczyty.
 
Rewolucja
W Petersburgu, który podczas wojennej gorączki stał się Piotrogrodem, wprost kipiało życie polityczne. Przedłużająca się wojna sprzyjała uaktywnieniu się radykalnych, złowrogich sił.
W marcu 1917 roku rewolucja obaliła carat. Powołany wówczas Rząd Tymczasowy z udziałem centroprawicy (kadeci i oktiabryści) oraz socjalistów (eserowców i mienszewików), z silnymi wpływami wolnomularstwa,  nie zdołał zapanować nad sytuacją. Swą chwiejną postawą zraził do siebie prawicę, zaś pobłażliwość okazywana skrajnej lewicy (bolszewikom i lewicowym eserowcom) zdestabilizowała do reszty scenę polityczną.
 
Bolszewicy, otwarcie wspierani przez niemieckie służby wywiadowcze, podjęli nieudaną próbę puczu już w lipcu 1917 roku, by w listopadzie objąć rządy na drodze zbrojnego przewrotu. Nowi władcy Rosji zastosowali natychmiast masowe represje wobec opozycji, na co odpowiedzią były bunty i powstania. Wkrótce cały kraj pogrążył się w chaosie wojny domowej. W ciągu trzech lat działania wojenne, egzekucje, pogromy oraz towarzyszące im głód i epidemie pochłonęły życie od 7 do 10 milionów ludzi.
 
Bolszewicy utrzymali władzę, do czego przyczynił się zarówno wprowadzony przez nich bezwzględny terror, jak również brak zgody w obozie przeciwników rewolucji, wyraźnie kontrastujący z żelazną dyscypliną panującą w szeregach janczarów komunizmu. Niebagatelne znaczenie miało też zakulisowe wsparcie z zagranicy, okazane przez niektóre rządy, środowiska polityczne i finansowe, szukające porozumienia z szajką Lenina i Trockiego dla osiągnięcia doraźnych korzyści.
 
Wojna z Bogiem
Dyktatura bolszewików od początku prowadziła śmiertelną walkę z instytucjami religijnymi. W ziemskim raju zaplanowanym przez czerwonych utopistów nie było miejsca dla Boga.
Główne uderzenie skierowano w Rosyjską Cerkiew Prawosławną. Rewolucjoniści już w pierwszym roku swych rządów zamordowali 3000 duchownych prawosławnych, w tym 16 biskupów. Zaatakowano również Kościół katolicki, a jego prześladowanie szczególnie dotkliwie odczuli Polacy. W ich przypadku atak na Kościół był również ciosem w główny ośrodek kultury, oświaty i tradycji narodowej.
 
Być może pierwszym męczennikiem katolickim pod rządami komunistów był ksiądz Ksawery Marcinian z Neuteran (dawne Inflanty Polskie), zamordowany przy ołtarzu 7 marca 1918 roku. Trzy tygodnie później zginął ks. Eugeniusz świętopełk-Mirski z Mohylewa, poddany torturom, a następnie rozstrzelany po tym, jak odmówił wyparcia się Wiary. Wkrótce zginęli męczeńską śmiercią: ks. Karol Baran z wołyńskiego Krasiłowa, ks. Wincenty Mikołajtis z Archangielska, ks. Szymon Babarski z Czarnego Ostrowa (jego zwłoki rzucono psom na pożarcie), ks. Jan Weber ze Słonimia, ks. Ryszard Knobelsdorf z Żupran (zakopany żywcem, wcześniej wyrżnięto mu krzyż na plecach i obcięto palec z pierścieniem prałackim), ks. Adolf Kowalski z Radziwiłłowa i wielu innych.
 
Po zawarciu pokoju między Polską a bolszewikami w roku 1921 wiele osób łudziło się, że sytuacja ludności polskiej i katolickiej w Rosji ulegnie poprawie. Wszak podpisany traktat zobowiązywał obie strony do poszanowania praw mniejszości narodowych i do tolerancji religijnej. Tymczasem ateistyczni rewolucjoniści zaostrzyli terror antyreligijny. Zarówno Rosyjska Cerkiew, jak i Kościół katolicki spływały krwią. W jednym  roku 1922 zamordowano 2691 prawosławnych księży, 1962 mnichów, 3447 mniszek oraz nieprzeliczoną rzeszę świeckich wiernych. Tylko w okresie 1917-1925 „zniknęło” w Rosji aż 200 000 katolików.
 
W osaczeniu
Ksiądz Konstanty Budkiewicz w roku 1917 przewodził piotrogrodzkiemu Polskiemu Komitetowi Obywatelskiemu, udzielającemu wsparcia rodakom.
Już wkrótce po bolszewickim puczu kapłan naraził się nowym władzom. Przez szereg miesięcy zmuszony był ukrywać się przed rewolucyjnymi siepaczami, z powodu pomocy udzielonej polskim oficerom w przerzuceniu ich do Finlandii oraz publicznego wystąpienia w obronie aresztowanego metropolity Edwarda Roppa.
 
Po pewnym czasie ksiądz Konstanty wyszedł z ukrycia. Został najbliższym współpracownikiem arcybiskupa Jana Cieplaka, administratora diecezji mohylewskiej, w którego imieniu prowadził negocjacje z władzami. Ksiądz Budkiewicz stanął też na czele Komisji Obrony i Rewindykacji Mienia Kościelnego przy Kurii arcybiskupiej, walczącej o odzyskanie majątku kościelnego zagrabionego przez bolszewików. Od sierpnia 1922 roku wykładał w konspiracyjnym seminarium duchownym w Piotrogrodzie.
 
Atmosfera wokół kapłana zagęszczała się, wiadomo było, że jest znienawidzony przez komunistycznych funkcjonariuszy. Był świadomy ryzyka, ale gdy przyjaciele namawiali go do wyjazdu do Polski, zdecydowanie odmówił. On, szczery polski patriota, przyjął obywatelstwo sowieckie, aby móc pozostać w Rosji i służyć tamtejszym wiernym.

- Umrę na posterunku! - zapowiedział twardo.
 
Proces
W marcu 1923 roku arcybiskup Cieplak, ks. Budkiewicz, trzynastu innych kapłanów polskich i rosyjskich oraz student (osoba świecka) otrzymali nakaz stawienia się przed Najwyższym Trybunałem w Moskwie.
Po przybyciu na miejsce zostali aresztowani. Oskarżono ich o udział w tajnej organizacji spiskowej, która miała rzekomo przygotowywać obalenie „władzy robotniczo-włościańskiej”. Zarzut był absurdalny, ale bolszewiccy sędziowie nie zwracali uwagi na brak materiału dowodowego.
 
- Pluję na wasze sakramenty!... Pluję na waszą religię! - wrzeszczał do oskarżonych prokurator Nikołaj Krylenko. Zastanawiające, że niegdyś osobnik ten wyróżniał się kulturą, inteligencją i szerokimi horyzontami na tle innych działaczy bolszewickich. W czasach przed Wielką Wojną pracował jako nauczyciel w prywatnych gimnazjach w Sosnowcu i Lublinie, zostawił tam po sobie opinię sympatycznego polonofila. Już za rządów sowieckich organizował wyprawy wspinaczkowe w góry Pamiru oraz międzynarodowe rozgrywki szachowe w Moskwie. Tymczasem w trakcie procesu polskich kapłanów Krylenko dał się poznać jako zionący nienawiścią fanatyk ateizmu. Niektórzy zagraniczni obserwatorzy odnosili wrażenie, że mają do czynienia z osobą obłąkaną. W istocie był to człowiek prawdziwie opętany zbrodniczą ideologią.
 
Już w piątym dniu procesu, 25 marca, w Drugą Niedzielę Męki Pańskiej, ogłoszono wyrok. Dwaj główni oskarżeni - arcybiskup Jan Cieplak i ksiądz Konstanty Budkiewicz - zostali skazani na karę śmierci, a pozostali na kary więzienia.
Wyrok wywołał oburzenie w całym cywilizowanym świecie. Pod wpływem nacisków z zagranicy, bolszewicy zdecydowali się ułaskawić arcybiskupa Cieplaka. Odmówiono natomiast darowania życia drugiemu kapłanowi.
 
Międzynarodówka morderców
„Sanhedryn bolszewicko-żydowski […] żywo przypomina jerozolimski sąd nad Chrystusem” - pisał wówczas ksiądz Józef Kłos w poznańskich „Wiadomościach dla Duchowieństwa”.
Ksiądz Kłos akcentował rolę żydowskich rewolucjonistów, których „nadreprezentacja” we władzach bolszewickich oraz wśród oprawców była dla wszystkich widoczna. Inni polscy obserwatorzy podkreślali opresyjny charakter ówczesnego państwa rosyjskiego, jako „czerwonego caratu”.
 
Tymczasem proces księdza Budkiewicza pokazał, że świat miał do czynienia z prawdziwą międzynarodówką zbrodniarzy. Egzekucję polskiego kapłana zatwierdzili czołowi liderzy rewolucyjni - Żyd Trocki (Bronsztejn), Gruzin Stalin (Dżugaszwili), Rosjanin Bucharin, wreszcie rodak ofiary, założyciel i pierwszy szef sowieckich organów bezpieczeństwa, Dzierżyński. Wśród urządzanych przez bolszewików propagandowych wieców, prawdziwych seansów nienawiści, na których uroczyście potępiano podsądnych, nie brakło również „wystąpienia polskiej ludności Moskwy”, zorganizowanego przez komunistów pochodzenia polskiego (Marchlewski, Leszczyński i inni), w trakcie którego padły haniebne wezwania: „Wyrażamy naszą głęboką pogardę arcybiskupowi Cieplakowi i jego towarzyszom, i domagamy się surowej kary!”.

W rzeczy samej rewolucja komunistyczna była niczym bakcyl dżumy, wypuszczony na świat przez szalone umysły, bakcyl nieuznający barier państwowych, narodowych czy rasowych, zarażający dusze śmiertelną chorobą we wszystkich zakątkach globu.
 
Wspomniany ksiądz Kłos w związku z moskiewskim procesem stawiał przenikliwe pytania, do dziś aktualne w świetle obecnych prześladowań chrześcijan:
 
„Czy jednak to oburzenie będzie trwałe? I czy znajdzie wyraz w jakiem radykalnem postanowieniu, by np. zerwać dyplomatyczne stosunki z sowietami, wycofać poselstwa, odwołać misje polityczne? Czy nie zabraknie oburzonym tchu do dalszej rzeczywistej a skutecznej walki antyszatańskiej? Czy się, broń Boże, nie skończy wszystko na papierowych protestach? […] W »ciemnych wiekach średnich« mogłaby podobna zniewaga stać się hasłem do krucjaty. Znalazłby się jaki Piotr z Amiens  lub Bernard z Clairvaux, któryby rzucił to hasło jako zarzewie w serca chrześcijan i podniecił do wiekopomnych czynów. A dzisiaj?...”
 
Noc bez brzasku
Egzekucja księdza Konstantego Budkiewicza odbyła się w samą Wielką Noc, w kazamatach moskiewskiej Łubianki.
Gdy nadeszła pora, kapłan stanął odważnie przed obliczem czekistów: Bergmana, Jewdokimowa, Krumma i Złotkina. Zapamiętali jego nadzwyczajne opanowanie. Ksiądz poprosił o przekazanie pozdrowień arcybiskupowi Cieplakowi wraz z zapewnieniem o dochowaniu wierności Stolicy Apostolskiej. Następnie przeżegnał się, pobłogosławił oprawców i odwrócił się do nich plecami.
 
Czekiści milczeli, wpatrując się w niepozornego mężczyznę, który do końca nie złożył pokłonu rewolucyjnej Bestii. W celi słychać było tylko odmawianą spokojnym głosem modlitwę. Nagle rozległ się strzał. Celę wypełniła cisza.
 
***
Była godzina 4 rano, 1 kwietnia 1923 roku. Chrześcijański świat budził się, by z radością celebrować święto Zmartwychwstania Pańskiego. Wszelako Moskwę, wraz z całą Rosją, nadal spowijał ból Wielkiego Piątku.

Andrzej Solak
źr. PCh24.pl



Cytuj
Wiara jest łaską, światłem, który rozświetli najgłębszy mrok, drogowskazem w naszym ziemskim życiu.
 

Offline fiodor99

  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *******
  • Wiadomości: 1464
  • Thanked: 280 times
  • Ilość Plusów: 434
  • Płeć: Mężczyzna
  • Na forum od: 16.02.2016r.
  • System:
  • Windows 10 Windows 10
  • Przeglądarka:
  • Edge 14.14393 Edge 14.14393
Odp: Taka jest moja prawda
« Odpowiedź #76 dnia: 14 Kwiecień, 2017, 17:11 »


Cytuj
Teraz czas na naszą Drogę Krzyżową.
Nas też czasem niesłusznie posądzą.
Nas też dotknie cierpienie
i będziemy przewracali się
może więcej niż trzy razy.
Nieoczekiwany przyjaciel
okaże nam pomoc.
Kobieta uśmiechnie się do nas
w naszym cierpieniu.
Obnażą nas, pokażą wszystkim
nasze wady; czas obedrze nas
ze wszystkich uroków. [...]
Zostanie tylko to, co w naszym
życiu było miłością do Boga i do ludzi.
Ks. Jan Twardowski

Cytuj
Wiara jest łaską, światłem, który rozświetli najgłębszy mrok, drogowskazem w naszym ziemskim życiu.
 
The following users thanked this post: Argail

Offline fiodor99

  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *******
  • Wiadomości: 1464
  • Thanked: 280 times
  • Ilość Plusów: 434
  • Płeć: Mężczyzna
  • Na forum od: 16.02.2016r.
  • System:
  • Windows 10 Windows 10
  • Przeglądarka:
  • Edge 14.14393 Edge 14.14393
Odp: Taka jest moja prawda
« Odpowiedź #77 dnia: 15 Kwiecień, 2017, 22:30 »


Cytuj
Chrystus zmartwychwstan jest, nam na przykład dan jest, iż mamy zmartwychpowstać, z Panem Bogiem królować.

Radujmy się, bo zmartwychwstał Pan prawdziwie!
Cytuj
Wiara jest łaską, światłem, który rozświetli najgłębszy mrok, drogowskazem w naszym ziemskim życiu.
 

Offline fiodor99

  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *******
  • Wiadomości: 1464
  • Thanked: 280 times
  • Ilość Plusów: 434
  • Płeć: Mężczyzna
  • Na forum od: 16.02.2016r.
  • System:
  • Windows 10 Windows 10
  • Przeglądarka:
  • Vivaldi 1.9.818.50 Vivaldi 1.9.818.50
Odp: Taka jest moja prawda
« Odpowiedź #78 dnia: 21 Maj, 2017, 10:51 »
Romano Amerio o prawie naturalnym i konsekwencjach jego negacji



Cytuj
Czym jest prawo naturalne? Według świętego Tomasza to uczestnictwo rozumu ludzkiego w wiecznym zamyśle Stwórcy. Prawo stanowione przez władzę stanowi jego odzwierciedlenie. Taka koncepcja uniemożliwia legalizację przeciwnych naturze wybryków, takich jak aborcja czy homo-małżeństwa. Co się jednak dzieje, gdy człowiekowi przyznaje się autonomię w kwestii decydowania o tym, czym jest prawo? Wtedy legalne zostaje to, czego chce sędziowska klika. Albo demokratyczna większość. Skutek to upadek cywilizacji.
 
Pojęcie prawa naturalnego znane było już starożytnym. Jak przypomina Romano Amerio, Sofokles w „Królu Edypie” opisuje je jako „przemierzające szczyty” i „niemogące legnąć w zapomnieniu”. „Nie od dziś i nie od wczoraj trwa, lecz żyje wiecznie”, czytamy w „Antygonie”. Jego majestat opiewali również Rzymianie. Prawe sumienie i niezmienne prawa przyrody Seneka uważał za najpiękniejsze rzeczy pod słońcem.
 
Prawo naturalne to nie wymysł Kościoła. Ten jednak potwierdza jego istnienie. Zgodnie z cytowaną w obecnym Katechizmie nauką świętego Tomasza z Akwinu „prawo naturalne nie jest niczym innym, jak światłem poznania złożonym w nas przez Boga; przez nie poznajemy, co należy czynić, a czego należy unikać. To światło lub to prawo dał Bóg stworzeniu”. Leon XIII w encyklice „Libertas” dodał, że „prawo naturalne jest zapisane i wyryte w duszy każdego człowieka, ponieważ jest ono rozumem ludzkim nakazującym czynić dobro, a zakazującym grzechu... Jednakże ten przepis rozumu ludzkiego nie mógłby mieć mocy prawnej, gdyby nie był głosem i wykładnią wyższego rozumu, któremu nasz rozum i nasza wolność powinny być poddane”.
 
O prawie naturalnym nie zapominali nawet świeccy filozofowie nowożytni. „Dwie rzeczy napełniają umysł coraz to nowym i wzmagającym się podziwem i czcią, im częściej i trwalej się nad nimi zastanawiamy: niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie”, pisał Immanuel Kant na kartach „Krytyki praktycznego rozumu”.
 
Prawo naturalne to pomost łączący katolików i innowierców posługujących się swym naturalnym rozumem. Jak pisał święty Paweł: „bo gdy poganie, którzy Prawa nie mają, idąc za naturą, czynią to, co Prawo nakazuje, chociaż Prawa nie mają, sami dla siebie są Prawem. Wykazują oni, że treść Prawa wypisana jest w ich sercach, gdy jednocześnie ich sumienie staje jako świadek, a mianowicie ich myśli na przemian ich oskarżające lub uniewinniające” (Rz 2,14-15). Może więc ono stanowić fundament dobrze rozumianego dialogu. Dziwi zatem jego negacja przez teologicznych postępowców. Nie zawsze dokonuje się ona wprost. Niekiedy metodą okazuje się przemilczenie.
 
Majestat prawa naturalnego
Jak zauważa Romano Amerio „majestat prawa moralnego wynika z jego niewzruszonej mocy, która w Boga utożsamia się z samym bytem Boga. Dzieli ono Jego przymioty, jakimi są wieczność i absolut, i nie ma nic wspólnego z ideą stwarzania: podobnie, jak Bóg, prawo moralne nie miało początku, a tradycja teologiczna Kościoła zawsze wykluczała możliwość, by było ono jednym ze stworzeń. Świat został stworzony, ale prawo moralne jest niestworzone”.
 
Prawo naturalne to porządek absolutny, poznawany przez rozum. Jego znajomość daje ogólną wiedzę o tym, jak należy postąpić we wszystkich przypadkach. Dostosowaniem go do konkretnych przypadków i okoliczności zajmuje się kazuistyka. Jednak owo dostosowanie nie oznacza relatywizacji prawa naturalnego.
 
I skutki jego negacji…
Niestety radykalni rewolucjoniści nie tylko kwestionują obiektywizm i absolutny charakter prawa, lecz wprost je odrzucają. Dobrym przykładem jest tu Jean Paul Sartre, negujący istnienie natury ludzkiej. Jak zauważa Romano Amerio „atak na prawo naturalne przeradza się u modernistów w próbę wymazania różnic między istotami oraz usunięcia zależności bytów, które ze swej natury są zależne. Wolność podmiotu wierzga przeciwko absolutowi Boskiego Prawodawcy, o którym Victor Hugo napisał, że „jest, jest i jeszcze raz jest”. Zbuntowany umysł neguje swą zależność od Stwórcy.
 
Kwestionowanie prawa naturalnego w łonie katolicyzmu nastąpiło dopiero za sprawą progresywistycznej teologii. Romano Amerio powołuje się tu na przykład kardynała Suenensa. W swoim liście duszpasterskim o seksualności z 1976 roku nie wspomina on o prokreacji, jako wynikającym z prawa naturalnego celu małżeństwa. Pisze natomiast o przełamaniu rozmaitych „tabu”. Czy owym tabu jest właśnie prawo naturalne? Podejście to nasuwa na myśl poglądy, jakie głosił David Hume. Ów XVIII wieczny szkocki filozof zaliczył prawo do tej samej kategorii co przesąd. Wprawdzie doceniał je, ale tylko z powodu jego użyteczności dla dobra społeczeństwa.
 
…i jej konsekwencje
To nie tylko akademicka dyskusja. Negacja istnienia prawa naturalnego wiąże się z ogromnymi konsekwencjami praktycznymi. Prowadzi do transformacji prawodawstwa państw, a wraz z nim do przemian w obyczajach i stylu życia milionów ludzi. Co istotne, tak radykalne odejście od prawa naturalnego, jak to dokonujące się na Zachodzie od rewolucji obyczajowej końca lat 60-tych to w erze chrześcijańskiej novum.
„Odżegnanie się”, zauważa Romano Amerio „od prawa naturalnego nie tylko w filozoficzno-teologicznych teoriach intelektualistów, lecz również w sferze obyczajów i ustawodawstwa, wprowadza jakąś ważną i dramatyczną cezurę w historii ludzkości. Wcześniej – nawet za panowania reżymów wrogich Kościołowi – społeczeństwa chrześcijańskie kształtowały małżeństwo i rodzinę zgodnie z kanonami naturalnej sprawiedliwości”.
 
Dziś często jest dokładnie odwrotnie. W myśli prawniczej dominuje pozytywizm. Prawo szanuje się najwyżej z tego powodu, że za jego nieprzestrzeganie grozi sankcja. Albo stara się ominąć za wszelką cenę. W najgorszym razie prawo państwowe rozumie się nie tylko jako coś odrębnego od etyki, lecz jako środek do wprowadzania kontr-etyki. Sędziowie uzurpują sobie rolę demiurgów kreujących nowy ład prawny. W ten sposób dokonują odgórnej transformacji kultury całego społeczeństwa.
 
Najdobitniej pokazuje to przykład Sądu Najwyższego w Stanach Zjednoczonych. Instytucja, zamiast ograniczyć się do realizacji swojej szlachetnej roli gwaranta Konstytucji zajęła się de facto kreacją prawa. W 1973 roku 9 tamtejszych sędziów dokonało legalizacji aborcji na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Z kolei w 2015 roku stwierdziło, że każdy Amerykanin dysponuje uprawnieniem do zawarcia homo-małżeństwa.
 
Problem ten dotyczy jednak nie tylko Stanów Zjednoczonych. Na całym Zachodzie i nie tylko „odpowiednie kodeksy, które przez stulecie były wzorowane na prawie kanonicznym, całkowicie się uniezależniły i są dziś kształtowane zgodnie z zasadą autonomii człowieka. Przejawami tego stanu rzeczy są upowszechnienie instytucji rozwodu, legalizacja związków homoseksualnych, obligowanie położnych (i ginekologów) do przeprowadzania aborcji”.
 
Pół biedy z resztą, jeśli niemoralne prawo wynika z sędziowskiego dyktatu. Gorzej, gdy stanowi w pełni demokratyczny wybór. Wtedy najdobitniej świadczy bowiem o upadku cywilizacyjnym.

 

Marcin Jendrzejczak
źr. PCh24.pl

Cytuj
Wiara jest łaską, światłem, który rozświetli najgłębszy mrok, drogowskazem w naszym ziemskim życiu.
 

Offline fiodor99

  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *******
  • Wiadomości: 1464
  • Thanked: 280 times
  • Ilość Plusów: 434
  • Płeć: Mężczyzna
  • Na forum od: 16.02.2016r.
  • System:
  • Windows 10 Windows 10
  • Przeglądarka:
  • Vivaldi 1.9.818.50 Vivaldi 1.9.818.50
Odp: Taka jest moja prawda
« Odpowiedź #79 dnia: 22 Maj, 2017, 22:25 »
Cytuj
Wiara jest łaską, światłem, który rozświetli najgłębszy mrok, drogowskazem w naszym ziemskim życiu.
 

Offline fiodor99

  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *******
  • Wiadomości: 1464
  • Thanked: 280 times
  • Ilość Plusów: 434
  • Płeć: Mężczyzna
  • Na forum od: 16.02.2016r.
  • System:
  • Windows 10 Windows 10
  • Przeglądarka:
  • Vivaldi 1.9.818.50 Vivaldi 1.9.818.50
Odp: Taka jest moja prawda
« Odpowiedź #80 dnia: 11 Czerwiec, 2017, 12:01 »
Cytuj
Nawrócenie Księcia Westernu



Ameryka byłaby dziś inna, gdyby nie pojawił się John Wayne. Ów aktor zawładnął sercami milionów, stał się symbolem patriotyzmu i konserwatyzmu. Do dziś masoni podnoszą „farmazoński” epizod z życia artysty, ignorując fakt, iż największy kowboj ekranu nawrócił się na łożu śmierci na katolicyzm. Niewykluczone, że ów ostatni, najważniejszy swój sukces Wayne zawdzięczał skrzywdzonej żonie, która latami modliła się o nawrócenie małżonka.
 
Dobro przeciw złu
Marion Mitchell Morrison, później znany jako John Wayne, już w dzieciństwie przywykł do ciężkiej pracy.
 
W domu się nie przelewało, więc oprócz codziennej harówki na rodzinnej farmie i w prowadzonej przez ojca aptece, dorabiał roznoszeniem gazet i sprzedażą lodów. Marzył o karierze sportowej, był niezgorzej zapowiadającym się futbolistą.
 
Z przemysłem filmowym związał się dość wcześnie, już jako 19-latek miał na koncie epizodyczne rólki, choć nie wzdragał się przed wykonywaniem obowiązków również stróża, magazyniera czy montera dekoracji. Pod pseudonimem John Wayne pojawił się w westernie „Droga olbrzymów” (1930). Film nie zrobił furory, ale przydomek przylgnął do młodego aktora na stałe.
 
Prawdziwa sława przyszła wraz z „Dyliżansem” Johna Forda (1939). Obraz grupki pasażerów tytułowego wehikułu, podróżujących przez tereny niepokojone przez Apaczów, na zawsze wszedł do historii kina. Widz obserwuje, jak w atmosferze stale potężniejącego zagrożenia spadają maski z twarzy bohaterów, jak ujawniają się ich prawdziwe charaktery, wedle ewangelicznego wzorca: „ostatni będą pierwszymi”. Powszechnie szanowany bogacz okaże się tchórzem i aferzystą; na pozór żałosny alkoholik wykrzesze z siebie zdolność do poświęcenia; kobieta upadła z oddaniem opiekuje się maleńkim cudzym dzieckiem i marzy o wielkiej miłości; wreszcie ścigany przez prawo Ringo Kid (grany przez Wayne’a) to człowiek dążący do wymierzenia sprawiedliwości mordercom jego bliskich…

Świetnie opowiedziana, wielowątkowa historia zachwyciła widzów. Przed Wayne’m droga do kariery stanęła otworem. Nie zaprzepaścił tej szansy. Występował w dramatach wojennych, obrazach sensacyjnych, posiadał też talent komediowy, jednak widzowie okrzyknęli go Księciem Westernu.
 
Grał dzielnych szeryfów, oficerów kawalerii (przeważnie w szacownym stopniu pułkownika), prawych ranczerów, poszukiwaczy przygód, rewolwerowców o niewzruszonych zasadach moralnych. Nie sposób tu wymienić wszystkich obrazów, acz trudno nie wspomnieć o trylogii kawaleryjskiej („Fort Apache”, „Nosiła żółtą wstążkę”, „Rio Grande”), o monumentalnej „Rzece Czerwonej”, o nieco mrocznych „Poszukiwaczach”, o tchnących optymizmem „Rio Bravo” i „El Dorado”, o „Człowieku, który zabił Liberty Valance’a”, wreszcie o nagrodzonym Oscarem i Złotym Globem dla najlepszego aktora „Prawdziwym męstwie”…
 
Wayne wielokrotnie wygrywał plebiscyty popularności. Przed popadnięciem w samouwielbienie chroniło go ogromne poczucie humoru i dystans do samego siebie. Mawiał, że nikt nie zdołał zagrać w tylu marnych filmach, co on. Stwierdził też, że pod przydomkiem „Duke” (Książę) znany jest od dzieciństwa, a zawdzięcza owo miano… swemu ulubionemu psu, tak właśnie się wabiącemu.
Bywało jednak, że pewne posunięcia aktora wywoływały konsternację…
 
Bohater i jego spluwy
Podobnie jak atrybutem rycerza był miecz, tak filmowy westman obowiązkowo nosił u pasa rewolwer, zaś do kulbaki miał przytroczoną strzelbę.

John Wayne wykorzystał w westernach całkiem spory arsenał, od kieszonkowego deringera i wielolufowej „pieprzniczki”, poprzez śrutowe dwururki aż po szybkostrzelnego gatlinga. Wszakże w ogromnej większości swych filmów pozostał wierny coltowi w kultowym modelu Single Action Army. W realnym świecie ów, jak go żartobliwie nazywano „rozjemca” (Peacemaker) pojawił się dość późno, w 1873 roku, co nie przeszkodziło Wayne’owi wymachiwać nim nawet w filmach traktujących o czasach przed wojną secesyjną.
 
Równie ahistorycznie „Duke” potraktował broń długą swych bohaterów. Począwszy od „Dyliżansu” regularnie używał winchestera z magazynem rurowym i dolną dźwignią wahliwą. Niewątpliwie winchestery zapracowały na swą renomę „karabinów, które podbiły Dziki Zachód”. Tyle, że były to modele z 1866 i 1873 roku, podczas gdy „Duke” upodobał sobie nowszą wersję – winchester 1892.

Miłośnicy westernów mogli wybaczyć wiele nieścisłości, w końcu mieli do czynienia z filmem przygodowym, a nie z historycznym dokumentem. Jednak właśnie broń stanowiła dla nich nienaruszalną świętość. Dlatego z początku wydłużały im się miny, gdy widzieli colta „rozjemcę” albo winchestera ’92, dajmy na to w obrazie „W kraju Komanczów”, którego akcja rozgrywała się w Roku Pańskim 1840!
 
Jakby tego było mało, „Duke”, przecie chłop na schwał, preferował skrócone wersje karabinu, co przy pokaźnej posturze aktora dawało kontrast nieco komiczny; zupełnie jakby największy twardziel Hollywood trzymał w garści dziecięcą zabawkę, albo też (o zgrozo!) jakowąś „damkę”, adresowaną do piękniejszej połowy świata. Filmowi herosi od zawsze preferowali broń o armatnich gabarytach, nawet mikre konusy dowartościowywały się, chwytając za wielkie „magnum”. Zaś Wayne poszedł pod prąd, nie bacząc na obowiązujące mody. I wbrew lamentom historyków-skrupulantów, publiczność była zauroczona gracją, z jaką operował bronią.
 
Czas patriotów
Grał bohaterów, ale nie załapał się na udział w wojnie. Kiedy Japończycy zbombardowali Pearl Harbour, liczył sobie już 34 lata i miał na utrzymaniu żonę oraz czwórkę dzieci.

Ameryka nie miała potrzeby strzelania do wrogów diamentami, więc „Duke”, zamiast trafić na front, wykorzystał swe talenty jak mógł najlepiej. Uczestniczył w występach dla żołnierzy, zagrał też w kilku krzepiących obrazach wojennych. Był szczerym patriotą. Mawiał: - Jasne, że kocham mój kraj, ze wszystkimi jego wadami.
 
Deklarowane poglądy uczyniły zeń żywy symbol konserwatyzmu. Określał się jako antykomunista, co podobno rozwścieczyło samego Stalina. Homoseksualizm uznał za temat „zbyt obrzydliwy nawet dla dyskusji”. Niechętnie odnosił się do filmowej mody na epatowanie wulgarnością i seksem. Choć w jego obrazach trup słał się gęsto, a w dyskusjach bohaterów siła argumentów wielokrotnie wzmacniana była ciosami pięści, nie sposób oskarżyć Wayne’a o chęć szokowania widza scenami okrucieństwa, nawet gdy grał złożone postaci, zdolne do bezwzględności („Rzeka Czerwona”) czy opętane żądzą zemsty („Poszukiwacze”).
 
W 1960 roku stanął za kamerą, jako reżyser dramatu historycznego „Alamo”, o wystąpieniu teksaskich separatystów przeciw Meksykowi w XIX stuleciu. Film prezentował racje buntowników z Teksasu, ale nie odmawiał też odwagi i poczucia honoru Meksykanom.
 
- Zabiłem dziś wielu dzielnych ludzi – mówi jeden z obrońców Alamo po odparciu szturmu. - Mimo że zabijałem, byłem z nich dumny. Dobrze to świadczy o człowieku, że nie boi się zginąć, bo wierzy, ze racja jest po jego stronie.
 
Szacunek dla dzielnego wroga jest wzajemny. Dowodem poruszająca scena finałowa, kiedy po zdobyciu „teksaskich Termopil” żołnierze meksykańscy prezentują broń przed ocalałą z masakry wdową po poległym obrońcy.
 
Wewnętrzny front
Wayne naprawdę naraził się sporej części krytyków i widowni obrazem wojennym „Zielone Berety” (1968).

Film traktował o amerykańskich komandosach walczących wówczas w Wietnamie. Wayne wystąpił jako reżyser oraz odtwórca głównej roli - dowódcy „specjalsów” w stopniu (jakżeby inaczej) pułkownika. Obraz może nie był arcydziełem, zawierał przerysowania dość częste w amerykańskim kinie wojennym, ale krytyka rzucała nań gromy przede wszystkim za „wymowę” dzieła. Również pokaźna część publiczności uznała za skandal, że reżyser identyfikuje się z żołnierzami nadstawiającymi głowy za swój kraj.
 
Rzecz w tym, że ówczesna pomoc wojskowa USA dla narodów Indochin zaatakowanych przez komunistów stała się jednym z głównych celów rewolty zachodnich lewaków. Tłumy wyzutych z sumienia „obrońców pokoju” wszczynały burdy, żądając wycofania amerykańskich wojsk z Wietnamu (a zatem – porzucenia ofiar agresji na pastwę wroga). Znani celebryci składali bezkarnie „antywojenne” deklaracje, będące w istocie aktem zdrady, za którą w normalnym kraju czekałaby ich więzienna cela albo pluton egzekucyjny.
 
Na szczęście „Duke” ulepiony był z innej gliny i nie sugerował się opiniami lewackiej hołoty. W ówczesnej sytuacji ważny był każdy głos poparcia dla weteranów oblewanych kubłami pomyj przez „obrońców pokoju”.
 
Kręte ścieżki
Wayne zwykł mawiać: „Życie jest trudne, ale gdy jesteś głupcem, staje się jeszcze trudniejsze.”

W świecie filmu odnosił sukcesy, jednak świat uczuciowy aktora był mocno wyboisty. Po raz pierwszy stanął na ślubnym kobiercu w wieku 26 lat. Jego wybranka, urodzona w Stanach Hiszpanka Józefina Alicja Saenz musiała przełamać opór swej katolickiej rodziny, aby wyjść za protestanta Johna. Sama głęboko wierząca, starała się wprowadzić męża w życie parafialne. Dała mu czwórkę potomstwa. A jednak małżeństwo rozpadło się po 12 latach, o co „Duke” obwiniał niezgodność charakterów, ale i swe nadmierne zaangażowanie w obowiązki zawodowe. Porzucona Józefina do końca życia męża nie związała się z innym mężczyzną. Uparcie, przez wiele lat, modliła się o jego nawrócenie.
 
Drugi związek Wayne’a, z Meksykanką Esperanzą Baur, zakończył się jeszcze szybciej, po 8 latach. Kolejne 22 lata spędził u boku Peruwianki Pilar Palette, po czym para zdecydowała się na separację. Widoczna fascynacja aktora kobietami z hiszpańskiego kręgu kulturowego, o iberyjskim typie urody ponoć stanowiła zgryz dla białych anglosaskich protestantów, nie tak wyobrażających sobie wzorzec „prawdziwej amerykańskości”…
 
A diabeł nie spał. W 1970 roku Wayne’a zaproszono w szeregi masonerii. „Duke” wychowany w środowisku protestanckim nie miał tak złowrogich skojarzeń z „farmazonami”, jak katolicy. Masonem był jego ojciec, on sam jako nastolatek należał do paramasońskiej młodzieżówki Zakonu DeMolay. Co więcej, wolnomularzami było mnóstwo bohaterów jego ukochanego kraju, począwszy od prezydenta Jerzego Waszyngtona aż do pułkownika Davy’ego Crocketta, sportretowanego przez Wayne’a w „Alamo”. Taktykę werbowania sławnych artystów, traktowanych potem jako wizytówka i reklama lóż, masoneria praktykowała od czasów Mozarta.
 
Wzrastanie
John zdawał się być letnim chrześcijaninem, nastawionym przyjaźnie do spraw wiary, jednak dalekim od zaangażowania. W rzeczywistości stale szukał Boga w swoim życiu, trochę po omacku. Skrycie pisał do Niego listy. Powoli dorastał do wiary.
 
Wychował się w rodzinie prezbiteriańskiej, natomiast trzy jego wybranki były katoliczkami, na katolików wyrosła cała siódemka jego dzieci. Wśród swych przyjaciół odkrył wielu wiernych Kościoła. Ogromne wrażenie wywarła na nim śmierć przyjaciela, człowieka który uczynił go sławnym, Johna Forda. Genialny reżyser, a zarazem ojciec chrzestny synów „Duke’a”, Patricka i Ethana, zmarł na raka z różańcem w dłoni, w obecności kapłana.
 
Wir obowiązków zawodowych nieustannie wciągał „Duke’a”, dawał pretekst do odsunięcia spraw duchowych na dalszy plan. Jednak aktor coraz bardziej przekonywał się do Kościoła katolickiego, choć wzbraniał się jeszcze przed wykonaniem ostatecznego kroku. Szydził sam z siebie, nazywając się „katolikiem zawałowym” – takim, który prosi o księdza w ostatniej minucie życia.
 
Ostatnie lata były pełne bólu. Do dość wcześnie zdiagnozowanego raka płuc dołączył nowotwór żołądka. Na ekranie znalazło to odbicie w ostatnim filmie Wayne’a, „Rewolwerowcu” (1976), w którym stworzył przyjmującą kreację umierającego bohatera Dzikiego Zachodu.
 
 
***
John Wayne zmarł 11 czerwca 1979 roku po ciężkiej chorobie, w wieku 72 lat. Przed śmiercią poprosił o katolickiego kapłana. Ten przyjął od niego akt nawrócenia, udzielił Johnowi warunkowego chrztu i ostatniego namaszczenia. - Nie znam się na szczegółach konwersji – wspominał syn „Duke’a”, Michael. – Ale wiem, że mój tato umarł w Kościele.
 
„Duke” szedł ku wierze powoli, czasem błądząc po bezdrożach. Ale zmierzał wytrwale, niczym tropiciel. Warto tu przywołać dialog, jaki kiedyś w „Alamo” włożył w usta swych bohaterów oczekujących na ostateczną bitwę:
- Zrobiłem całą masę rzeczy, których nie powinienem. Mam sporo grzechów, za które odpowiem, i czuję, że święty Piotr zatrzaśnie mi bramę przed samą gębą.
- Nie ma żadnych niebiańskich bram! Po śmierci jesteś żarciem dla robaków, tylko tyle.
- Nie wierzysz w żadne przyszłe życie?
- To tylko bajki dla dzieci. Bujdy same!
- A ja wierzę. Nigdy was do tego nie przekonam. Ale wierzę w Boga Wszechmocnego, Wszechwiedzącego i Miłosiernego. I wierzę, że dobro w końcu zwycięży, a zło zostanie pokonane.

 
 
Andrzej Solak
źr. PCh24.pl
Cytuj
Wiara jest łaską, światłem, który rozświetli najgłębszy mrok, drogowskazem w naszym ziemskim życiu.
 

Offline fiodor99

  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *******
  • Wiadomości: 1464
  • Thanked: 280 times
  • Ilość Plusów: 434
  • Płeć: Mężczyzna
  • Na forum od: 16.02.2016r.
  • System:
  • Windows 10 Windows 10
  • Przeglądarka:
  • Vivaldi 1.9.818.50 Vivaldi 1.9.818.50
Odp: Taka jest moja prawda
« Odpowiedź #81 dnia: 16 Czerwiec, 2017, 11:40 »
Dziś nie czas wstydzić się wiary

Cytuj



Nie wstydzę się Jezusa. Jakże miałbym się wstydzić Tego, od którego otrzymałem wszystko, czym jestem; wszystko, co posiadam? Jakże miałbym się wstydzić Miłości, Mądrości i Prawdy? Jakże miałbym się wstydzić własnego Brata, własnego Ojca? Zły to sługa, który się wstydzi swego Pana; zły to poddany, który się wstydzi swego Króla.
 
Gdybym miał się wstydzić Jezusa, musiałbym wstydzić się samego siebie. Gdybym miał wstydzić się Jezusa, musiałbym zacząć się wstydzić swoich naturalnych odruchów: znaku krzyża przed i po posiłku, uchylenia czapki przed kościołem, przyklęknięcia, gdy mijam księdza spieszącego do chorych z Najświętszym Sakramentem…
 
„Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki” – śpiewam od czasu do czasu w Te Deum. I „gotów jestem głosić Ewangelię (…) bo ja nie wstydzę się Ewangelii” (Rz 1, 15-16).
 
Jezus Chrystus się mnie nie wstydzi. Owszem, nierzadko wstydzi się za mnie. Przecież „przenika i zna mnie; wie, kiedy siadam i wstaję. Z daleka przenika moje zamysły, widzi moje działanie i mój spoczynek, i wszystkie moje drogi są Mu znane” (Ps 139, 1-3). Zapewne też niejeden raz prosi Ojca: „Przebacz mu, bo nie wie, co czyni” (Łk 23, 34). Ale nigdy nie wstydzi się mnie jako takiego. Gdyby się mnie wstydził, nie przybrałby na trzydzieści trzy lata ludzkiej formy, ba, chcąc się wstydzić człowieka, musiałby się wstydzić samego siebie – wszak „stworzył Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył” (Rdz 1, 27) i „uczynił go obrazem swej własnej wieczności” (Mdr 2, 23).
 
A jednak stoi wyraźnie napisane, że „Syn Człowieczy wstydzić się będzie, gdy przyjdzie w chwale Ojca swojego razem z aniołami świętymi” (Mk 8, 38). Kogo? Każdego, „kto się Mnie i słów Moich zawstydzi przed tym pokoleniem wiarołomnym i grzesznym” (Mk 8, 38).
 
Dzisiejsza Polska gremialnie wstydzi się Jezusa Chrystusa i Jego nauki. I to nie tyle ateiści, hedoniści, agnostycy, bezbożnicy („Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę” – Mt 6, 2), co ochrzczeni i bierzmowani rzymscy katolicy. Polityk, który wije się jak „wąż starodawny” (Ap 12, 9), byle tylko nie zająć jednoznacznie chrześcijańskiego stanowiska; lekarz, który sumienie wiesza na kołku przed drzwiami gabinetu; duchowny, który na forum publicznym skrzętnie ukrywa wszelkie atrybuty swego stanu; uczeń, który, gdy mu na oczach kolegów wypadnie z kieszeni różaniec, zaklina się, że to nie jego: „Pewnie mi stara włożyła”…
 
W dzisiejszej Polsce nikt nie karze za wiarę, trudno też doszukać się w niej prześladowań czy poważniejszych szykan z powodów religijnych. Wszelkie więc przejawy ukrywania chrześcijańskiego oblicza należy tłumaczyć wyłącznie oportunizmem, asekuranctwem i pragnieniem uniknięcia „obciachu”, czyli w istocie zwykłym tchórzostwem – tym bardziej śmierdzącym, że płynie ono wyłącznie „z obawy (…) aby ich nie wyłączono z synagogi – bardziej bowiem umiłowali chwałę ludzką aniżeli chwałę Bożą” (J 12, 42-43).
 
Warto sobie to wszystko uświadomić w Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa – to wszak w istocie nic innego jak Uroczystość Niewstydzenia się Jezusa. Warto sobie to uświadomić zwłaszcza w roku fatimskim, kiedy szczególnie wyraźnie powinno dotrzeć do nas wypowiedziane ustami Najświętszej Maryi Panny ostrzeżenie, iż „nadchodzi kara dla świata”. Warto też pamiętać zapewnienie samego Jezusa: „Do każdego, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10, 32-33).
 
Dlatego „nie wstydź się świadectwa Pana naszego” (2 Tm 1, 8) – zachęca święty Paweł, a święty Jan Paweł II wskazuje, że „dziś nie czas wstydzić się wiary”. O, tak – nie dziś. „Teraz właśnie trwajcie w Nim, dzieci, abyśmy, gdy się zjawi, mieli w Nim ufność i w dniu Jego przyjścia nie doznali wstydu” (1 J 2, 28).
 


Jerzy Wolak

źr. PCh24.pl
Cytuj
Wiara jest łaską, światłem, który rozświetli najgłębszy mrok, drogowskazem w naszym ziemskim życiu.
 

Offline fiodor99

  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *******
  • Wiadomości: 1464
  • Thanked: 280 times
  • Ilość Plusów: 434
  • Płeć: Mężczyzna
  • Na forum od: 16.02.2016r.
  • System:
  • Windows 10 Windows 10
  • Przeglądarka:
  • Vivaldi 1.92.917.39 Vivaldi 1.92.917.39
Odp: Taka jest moja prawda
« Odpowiedź #82 dnia: 14 Sierpień, 2017, 21:49 »
Czy święty Maksymilian mógłby dziś nawracać?



Cytuj
Wiara w obcowanie świętych zakłada między innymi, że zarówno pokolenia wcześniejsze, jak i te, które żyją obecnie, egzystują w tym samym Kościele. Czy jednak święci dawnych wieków, gdyby przyszło im żyć współcześnie, swobodnie odnaleźliby się w Kościele Anno Domini 2017? Nie sięgając zbyt daleko w przeszłość, pozostańmy przy XX-wiecznym świętym, tak bardzo przecież nowoczesnym…

Większość katolików zna świętego Maksymiliana Kolbe głównie dzięki jego ofiarnej śmierci w niemieckim obozie zagłady w Oświęcimiu. Część z nas wie, że franciszkanin założył Niepokalanów i „Rycerza Niepokalanej”, mniejszość, że stworzył Rycerstwo Niepokalanej, a jeszcze mniej liczni pamiętają o innym jego piśmie - „Małym Dzienniku” czy programie radiowym.
 
Nie wolno nam nigdy zapominać, że Maksymilian Kolbe został wyniesiony na ołtarze dzięki dwóm koronom – krwi i wiary. Choć kanonizowano go jako męczennika, był przecież także niezrównanym ewangelizatorem, starając się (po franciszkańsku) nie tylko o odnowę duchową wierzących, ale również – jeśli nie przede wszystkim – o nawrócenie niewiernych!
 
Stąd tytułowa wątpliwość: czy rzeczywiście mamy pewność, że osoba o charyzmie i charyzmacie świętego Maksymiliana mogłaby swobodnie działać w naszych czasach? A jest to wątpliwość o tyle uzasadniona, że święci to przecież osoby wyróżniane przez Kościół po to, byśmy je naśladowali!
 
Czy więc Maksymilian Kolbe przyjąłby do wiadomości dokument stwierdzający ni mniej ni więcej, że Kościół nie ma już misji wobec Żydów? Wszak święty nawracaniu ich poświęcił całe swe życie! Zasłużył sobie tą działalnością nawet na łatkę antysemity, gdyż śmiał zauważyć, że zasady, wartości i procesy, które naród niegdyś wybrany wciela w życie, nie służą Kościołowi. Owszem, publicystyka ojca Kolbego poświęcona Żydom była z oczywistych przyczyn tworzona z pomocą innego języka niż obowiązujący w Kościele naszych czasów, ale w osobistych kontaktach z każdym z przedstawicieli judaizmu Maksymilian pozostawał niezwykle delikatny, mimo wszystko starając się każdego przekonać do swoich racji. Swoich – to znaczy do racji Kościoła. Chciał bowiem swych rozmówców nawrócić.
 
Czy Maksymilian Kolbe podporządkowałby się słowom wysokich dostojników dzisiejszego Kościoła, sugerującym że prozelityzm (szczególnie w stosunku do prawosławnych) to grzech? Święty powołał przecież Rycerstwo Niepokalanej, którego pierwszym celem było „starać się o nawrócenie grzeszników, heretyków, schizmatyków”. Starać się, a więc nie poprzestawać na modlitwie, ale także podejmować konkretne działania! Nawracać!
 
Czy Maksymilian Kolbe świętowałby „pamiątkę reformacji”? Święty uznawał, że protestantyzm jest wynikiem żądzy augustiańskiego zakonnika, Marcina Lutra, który związał się z mniszką. Anglikanizm według Kolbego narodził się natomiast z rozpusty Henryka VIII zmieniającego żony jak rękawiczki. A pisząc o heretykach, Maksymilian zawsze podkreślał, że doprowadzając do rozłamu w Kościele wybrali oni tego, który nie chciał służyć.

Czy Maksymilian Kolbe odnotowałby ze zrozumieniem serdeczne listy ważnych hierarchów do „drogich braci masonów”?  Świętego atakowali współcześni mu obserwatorzy życia kościelnego, natrząsając się z „wiary w masońskie spiski”. Dziś już w istnienie masonów wierzyć nie potrzeba, bowiem oni sami coraz bardziej ochoczo się ujawniają. Ojciec Kolbe dostrzegał ich zakrojoną na ogromną skalę antykatolicką działalność, na własne oczy widząc ich bluźnierstwa i na własne uszy słysząc o ich planach. Maksymilian poświęcił setki, jeśli nie tysiące stron na przekonanie katolików o ogromnej szkodliwości działań podejmowanych przez masonów.
 
A z czego cieszyłby się Maksymilian Kolbe?
 
Z całą pewnością radowałby się widząc rozkwit katolickich mediów – dziś można kupić przecież wiele pism wydawanych przez Kościół instytucjonalny, odwiedzić dziesiątki portali internetowych, posłuchać radia, oglądać filmy na You Tube.
 
Czy jednak Maksymilian Kolbe pochwaliłby katolickie media rezygnujące z idei Kościoła walczącego? Święty w wydawanych przez siebie gazetach nie ograniczał się do opisywania tego, co Kościół proponuje, ale ostrzegał również przed złem otaczającym nas ze wszystkich stron. Wskazywał, jak je rozpoznawać i jak bronić przed błędami współczesności swoich braci, katolików.
 
Czy Maksymilian Kolbe radowałby się śledząc media „Kościoła otwartego”, godzącego ze sobą Kościół i świat zewnętrzny, ich zwyczaje i upodobania? Czy zaakceptowałby rozpropagowaną w tych mediach sentencję „nie przyszedłem Pana nawracać” i przekonanie, że wiara i modlitwa nie są potrzebne do zbawienia, bo wystarczy być dobrym człowiekiem? Święty osobiście starał się nawrócić każdego, kogo spotykał na swojej drodze. Wręczał cudowne medaliki, prowadził długie dysputy w środkach lokomocji, chrzcił ciężko chorych, którzy mogli już nie odzyskać świadomości, kiedyś wybiegł nawet z pociągu za dyskutującym z nim ateistą, bo czuł, że jego rozmówca jest już bliski otworzenia oczu na Chrystusową Prawdę. Przed dogonieniem niedowiarka powstrzymał franciszkanina jedynie habit, przez który nie mógł uporać się z wysokim ogrodzeniem sforsowanym chwilę wcześniej przez uciekającego mężczyznę!
 
Czy Maksymilian Kolbe ze spokojem przyglądałby się atakom na katolików rozprowadzających pisma i głoszących chwałę Chrystusa poprzez wysyłanie listów pocztą? To przecież on sam wymyślił katolicki fundraising w Polsce. Wydając „Rycerza Niepokalanej” i „Mały Dziennik” nie kierował ich przede wszystkim do kiosków z gazetami, ale wysyłał pocztą do konkretnych ludzi. Sugerował, że mogą za te pisma zapłacić, albo nie. Jeśli nie – to niech czytają, z pewnością ich dusze dzięki tej lekturze zyskają. Większość jednak obdarowanych z radością i dobrowolnie wysyłała mu pieniądze. Dziś, nawet w niektórych środowiskach kościelnych, mówi się o tego typu metodzie ewangelizacji jako o „naciąganiu” czy „wyłudzaniu”!
 
Celowo nie pytamy w tym tekście, jak mogłaby wyglądać reakcja Maksymiliana na zmiany w liturgii, których nie dożył. To kwestia bardziej skomplikowana. Warto jednak zastanowić się, jak zareagowałby święty widząc sposób w jaki potraktowano zakon Franciszkanów Niepokalanej, którego członkowie starali się naśladować Kolbego, żyć w zgodzie z proponowaną przez niego regułą i odprawiać tą samą co on formę Mszy Świętej?
 
Nie wiadomo.
 
Wiemy jednak coś innego. Święty Maksymilian Kolbe nadal może reagować – Kościół upewnił nas w tym wynosząc go na ołtarze. Chwała Bogu! Bo to wzór i patron na nasze czasy.
 
Na czasy wielkiego kryzysu.
 
Krystian Kratiuk

Nasz Wielki Święty, mój Przewodnik.
Cytuj
Wiara jest łaską, światłem, który rozświetli najgłębszy mrok, drogowskazem w naszym ziemskim życiu.
 

Offline fiodor99

  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *******
  • Wiadomości: 1464
  • Thanked: 280 times
  • Ilość Plusów: 434
  • Płeć: Mężczyzna
  • Na forum od: 16.02.2016r.
  • System:
  • Windows 10 Windows 10
  • Przeglądarka:
  • Vivaldi 1.92.917.39 Vivaldi 1.92.917.39
Odp: Taka jest moja prawda
« Odpowiedź #83 dnia: 15 Sierpień, 2017, 23:43 »

Jerzy Kossak, "Cud nad Wisłą". Fot. arch.

Cytuj
We wtorek 15 sierpnia przypada uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny oraz 97. rocznica Cudu nad Wisłą. W tym roku ten dzień będzie przeżywany w sposób wyjątkowy ze względu na obchodzone w wielu sanktuariach maryjnych jubileusze. Główne uroczystości z udziałem polskich biskupów będą miały miejsce tradycyjnie na Jasnej Górze.
źr. PCh24.pl
Cytuj
Wiara jest łaską, światłem, który rozświetli najgłębszy mrok, drogowskazem w naszym ziemskim życiu.
 

Offline fiodor99

  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *******
  • Wiadomości: 1464
  • Thanked: 280 times
  • Ilość Plusów: 434
  • Płeć: Mężczyzna
  • Na forum od: 16.02.2016r.
  • System:
  • Windows 10 Windows 10
  • Przeglądarka:
  • Vivaldi 1.94.1008.36 Vivaldi 1.94.1008.36
Odp: Taka jest moja prawda
« Odpowiedź #84 dnia: 16 Grudzień, 2017, 11:07 »
Cytuj
Kiedy dni stają się coraz krótsze, a noce coraz dłuższe, w przejściu z jesieni do zimy - przeżywamy okres kościelnego roku liturgicznego nazywany Adwentem. Określenie adwent pochodzi od łacińskiego wyrazu adventus i oznacza "przyjście".

Tradycja Adwentu w pierwszym Kościele       
Najstarsze ślady Adwentu, jako czasu oczekiwania na przyjście Zbawiciela, sięgają IV w. Nie od razu obowiązywał on w całym Kościele - najpierw w Hiszpanii i Galii. Początkowo był przygotowaniem na święto Epifanii (Objawienia Pańskiego), a dopiero od V wieku na święto Bożego Narodzenia. W VI wieku okres ten obchodzony był w Rzymie na dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Czas jego trwania nie był więc ściśle ustalony. Nie zawsze też Adwent posiadał charakter pokutny. Gdy papieżem był Grzegorz Wielki (540-604), polegał na czterotygodniowym, liturgicznym przygotowaniu na przyjście Pana. Dopiero od VIII w. nadano mu charakter pokutny, co znalazło swój wyraz w fioletowym kolorze szat liturgicznych, opuszczeniu radosnego hymnu "Chwała na wysokości Bogu" w Mszy Świętej, ograniczeniu ozdób i muzyki w kościele.
 
Po reformie roku liturgicznego w 1969 r., okres ten posiada charakter pobożnego i radosnego oczekiwania, kiedy z tęsknotą wołamy: Przyjdź, nie zwlekaj! Przyjdź i oświeć nas! Naucz nas dróg swoich!.

Przypominana Obietnica
Historię narodu żydowskiego określamy najkrócej jako dzieje ludu oczekującego na przyjście Mesjasza. Od bram raju aż do betlejemskiej groty towarzyszyła dziejom żydowskim obietnica. Nauczycielami i stróżami świętego oczekiwania byli prorocy. Jeden z nich, Micheasz, tak wyraził własne i narodowe tęsknoty: Ale ja wypatrywać będę Pana, wyczekiwać na Boga zbawienia mojego (Mi 7,7), prorok Izajasz zaś wołał: Obyś rozdarł niebiosa i zstąpił (Iz 63,19).
Wieki historii ostudziły żar tęsknoty i naród wybrany przestał czuwać, nie zauważył więc spełnionej przez Boga obietnicy. Dlatego tym donioślej dziś Kościół nawołuje swych wiernych: Czuwajcie! Czuwajcie!. To przypomnienie i wezwanie do czuwania, przewijające się na kartach Pisma Świętego, weszło do liturgii Kościoła. To właśnie czuwanie wyprowadzało pierwszych mnichów na pustynię, by tam oczekiwali przyjścia Pana.
Wezwanie "Czuwajcie!" bliskie było ludziom średniowiecza. Nieustanna gotowość i myśl o Sądzie Bożym związanym z drugim przyjściem Chrystusa kazały ówczesnemu człowiekowi ubrać włosienicę, narzucić sobie surową ascezę, podjąć pokutę wielu wyrzeczeń.
Wezwanie "Czuwajcie" przeniknęło także twórców: Dantego i Michała Anioła i zachęciło ich do ukazania przejmującej wizji Sądu Ostatecznego.

A dziś...
Dziś Adwent ma podwójny charakter. Jest czasem przygotowania do uroczystości Bożego Narodzenia, przez które Kościół czci pierwsze przyjście Syna Bożego do ludzi, ale zarazem jest okresem, w którym, wspominając to przyjście, oczekujemy drugiego, jakie będzie miało miejsce u kresu dziejów ludzkości.
Liturgia Adwentu ukazuje nam dwie wielkie postaci: proroka Izajasza i św. Jana Chrzciciela. Pierwszy, uosobienie tęsknoty Starego Testamentu, jest prorokiem, który zostawił najwięcej proroctw związanych z Mesjaszem. Jan Chrzciciel nie tyle przepowiada, ile wskazuje na osobę Jezusa, który jako Zbawiciel i Odkupiciel już przyszedł i niedługo rozpocznie swą misję. Św. Jan Chrzciciel swoim życiem i słowem uczy wiernych, w jaki sposób należy przygotować się na przyjście Pana: przez pokutę, zerwanie z grzechem, powstanie z nałogów, słowem - ze starego człowieka przeobrażenie się w nowego, na wzór samego Chrystusa.

Całe życie jest czekaniem
Święty czas adwentowy jest także przypomnieniem pewnej prawdy, ogarniającej całe dzieje ludzkie, że Chrystus przyjdzie powtórnie, aby chwałą zmartwychwstania umarłych zakończyć dzieje świata. Zapowiadał przecież: Przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem (J 14,3). Kiedy odszedł, strapieni apostołowie usłyszeli potwierdzenie tej zapowiedzi: Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba (Dz 1,11). A zatem On przyjdzie, dlatego życie całego świata, życie każdego z nas jest czekaniem na Jego przyjście, jest adwentem przed tym powtórnym i ostatecznym przyjściem Chrystusa.

Z ciemności w światłość
Przeżywanie Adwentu powinno nas mobilizować do uporządkowania swego wnętrza tak, aby powitać Pana czystym sercem. Każdy Adwent to czas nawrócenia, by jeszcze raz, ale już głębiej i pełniej, przebyć drogę Jezusa, która jest drogą Kościoła w rozpoczynającym się roku liturgicznym.
Adwent to oczekiwanie w ciemnościach symbolizujących człowieka pogrążonego w grzechu, szukającego ratunku i światła. Tym światłem jest dla nas Matka Jezusowa, jasna Jutrzenka, Zorza rano powstająca, która błądzących prowadzi ku niebu, ku zbawieniu. Ją szczególnie uwielbiamy w Adwencie, zwłaszcza przez nabożeństwa roratnie. Ona jest jakby drabiną Jakubową, po której zeszło na ziemię Zbawienie. Ona jest biblijną tęczą, zapowiadającą pojednanie, kres gniewu i kar. Ona, wybrana na Matkę Zbawiciela, zapowiada koniec nocy oczekiwania i bliskość wschodu Jego przyjścia. Ona w noc betlejemskiego cudu poda nam od żłóbka swego Syna, byśmy napełnieni Jego łaskami, szli przez życie ku wiekuistemu szczęściu.

***
ks. abp Władysław Ziółek, List do młodzieży akademickiej na Adwent 1997:

Nie obwieszczamy Adwentu biciem dzwonów - w tym okresie dzwony biją rzadziej i ciszej.
Nie ogłaszamy nadejścia dni adwentowych rozwieszaniem plakatów w mieście - żywot plakatów jest nietrwały, a i Adwent nie odbywa się w salach wystawowych, na scenach i estradach.

Adwent powinien się rozpocząć najpierw w ludzkich wnętrzach, trwać w naszych umysłach i sercach, ujawniać we wszystkich naszych czynach i wszędzie, gdzie jesteśmy: w fabrykach i biurach, na uczelniach i ulicach. Po nas powinno się bez trudu rozpoznać, że zaczął się Adwent i że nasze istnienie jest przywoływaniem Chrystusa, modlitewnym przyzywaniem Go, żeby był wśród nas, przygotowujących drogi na Jego nowe wejście w nasz świat. Taka też jest nasza powinność chrześcijańska i taka misja w świecie - ludzi, którzy żyją Chrystusem i obwieszczają Chrystusa. Nie wolno nam się upodobnić do nietrwałego plakatu, który można łatwo zedrzeć i zamazać, zalepić innym plakatem, o innych treściach.
źr. katolik.pl

&index=4&list=RDQM4YUNs4k9rhY
Cytuj
Wiara jest łaską, światłem, który rozświetli najgłębszy mrok, drogowskazem w naszym ziemskim życiu.
 

Offline fiodor99

  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *******
  • Wiadomości: 1464
  • Thanked: 280 times
  • Ilość Plusów: 434
  • Płeć: Mężczyzna
  • Na forum od: 16.02.2016r.
  • System:
  • Windows 10 Windows 10
  • Przeglądarka:
  • Vivaldi 1.94.1008.40 Vivaldi 1.94.1008.40
Odp: Taka jest moja prawda
« Odpowiedź #85 dnia: 27 Grudzień, 2017, 21:15 »
Cytuj
Wiara jest łaską, światłem, który rozświetli najgłębszy mrok, drogowskazem w naszym ziemskim życiu.
 

Offline fiodor99

  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *******
  • Wiadomości: 1464
  • Thanked: 280 times
  • Ilość Plusów: 434
  • Płeć: Mężczyzna
  • Na forum od: 16.02.2016r.
  • System:
  • Windows 10 Windows 10
  • Przeglądarka:
  • Edge 16.16299 Edge 16.16299
Odp: Taka jest moja prawda
« Odpowiedź #86 dnia: 17 Marzec, 2018, 09:17 »
17 marca obchodzimy wspomnienie św. Patryka, patrona Irlandii i Nigerii.

Cytuj
Patryk urodził się w Brytanii w 385 roku, w rodzinie chrześcijańskiej. Nosił celtyckie imię Sucat. Kiedy miał 16 lat, korsarze porwali go do Irlandii. Przez 6 lat był tam pasterzem owiec. W tym czasie nauczył się języka irlandzkiego. Na przypadkowym statku udało mu się zbiec do północnej Francji. Tam kształcił się w dwóch najgłośniejszych wówczas szkołach misyjnych: w Erinsi i w Auxerre. Podjął studium przygotowujące go do pracy na misjach. Był uczniem św. Germana z Auxerre. Przez jakiś czas przebywał w Italii i w koloniach mniszych na wyspach Morza Tyrreńskiego.
W tym czasie zmarł w Irlandii, wysłany tam na misje przez papieża św. Celestyna I, biskup św. Palladiusz. Postanowiono na jego miejsce wysłać Patryka. Na biskupa wyświęcił go papież w roku 432 i wysłał go do Irlandii. Patryk zastał tam małe grupy chrześcijan, ale stanowiły one wyspy w morzu pogaństwa. Krajem rządzili naczelnicy szczepów i znakomitych rodzin. Kapłani pogańscy zażywali wielkiej powagi. Patryk swoim umiarem i podarkami zdołał większość z nich pozyskać dla wiary. Obchodził poszczególne rejony Zielonej Wyspy, wstępując najpierw do ich władców i prosząc o zezwolenie na głoszenie Ewangelii. W Armagh założył swoją stolicę, skąd czynił wypady na cały kraj.
Nie jeden raz przeszkadzano mu w jego misji; zdarzały się zamachy na jego życie. Na ogół jednak praca jego miała ton spokojny. Spotykał się z życzliwością tak poszczególnych władców, jak i miejscowej ludności. Aby sobie nie zrażać władców niektórych grup etnicznych, dla poszczególnych szczepów ustanawiał biskupów. Kapłanów, których zadaniem było niesienie im pomocy, podobnie jak to uczynił św. Augustyn i św. German, zobowiązał do życia wspólnego na wzór klasztorów. Do liturgii wprowadził obrządek, jaki wówczas był powszechnie przyjęty w Galii (we Francji).
Do nawrócenia całej wyspy św. Patryk potrzebował wielu ludzi. Misjonarze na jego apele zgłaszali się tłumnie. Największą wszakże pomocą byli dla niego mnisi. Z nich to tworzył ośrodki duszpasterskie. Tak więc w Irlandii powstał jedyny w swoim rodzaju zwyczaj, że opaci byli biskupami, a mnisi w klasztorach - ich wikariuszami. W tej pracy okazał się dla Patryka mężem opatrznościowym św. Kieran. Według podania Patryk miał wręczyć Kieranowi dzwon, którym tenże zwoływał mnichów i wiernych na wspólne pacierze liturgiczne. To było także osobliwością Irlandii. Zwyczaj dzwonienia rozpowszechnili mnisi irlandzcy po całej Europie. Patryk upowszechnił także zwyczaj usznej spowiedzi.
Ostatnie dni swojego życia spędził Patryk w zaciszu klasztornym, oddany modlitwie i ascezie. Utrudzony pracą apostolską, oddał duszę Panu 17 marca 461 w Armagh (dziś Ulster, Północna Irlandia), które to miasto stało się odtąd stolicą prymasów irlandzkich. Patryk przeżył ok. 76 lat, w tym ok. 40 lat w Irlandii, która czci go jako swojego apostoła, ojca i patrona. Jest on również patronem Nigerii (nawróconej przez irlandzkich misjonarzy) oraz Montserrat, archidiecezji nowojorskiej, bostońskiej, Ottawy, Armagh, Cape Town, Adelajdy i Melbourne, a także inżynierów, fryzjerów, kowali, górników, upadłych na duchu oraz dusz w czyśćcu cierpiących. Czczony także jako opiekun wiosennych siewów i zwierząt domowych. Zwracają się do niego lękający się węży i ukąszeni przez nie.

W ikonografii Święty przedstawiany jest w biskupim stroju. Jego atrybutem jest liść koniczyny - dla podkreślenia, że Patryk rozpoczynał ewangelizowanie od wykładania prawdy o Trójcy Przenajświętszej, a także wąż. Inne atrybuty to mitra, pastorał, krzyż, księga, chrzcielnica, węże, harfa.


źr. brewiarz.pl

Czy Irlandia poza komercyjnym wydaniem święta pamięta jeszcze o swoich korzeniach chrześcijańskich  dumam>
Cytuj
Wiara jest łaską, światłem, który rozświetli najgłębszy mrok, drogowskazem w naszym ziemskim życiu.
 

Offline fiodor99

  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *******
  • Wiadomości: 1464
  • Thanked: 280 times
  • Ilość Plusów: 434
  • Płeć: Mężczyzna
  • Na forum od: 16.02.2016r.
  • System:
  • Windows 10 Windows 10
  • Przeglądarka:
  • Edge 16.16299 Edge 16.16299
Odp: Taka jest moja prawda
« Odpowiedź #87 dnia: 24 Marzec, 2018, 12:05 »
Jeszcze jest chwila aby się zatrzymać, zastanowić ...

Cytuj
Wiara jest łaską, światłem, który rozświetli najgłębszy mrok, drogowskazem w naszym ziemskim życiu.
 

Offline fiodor99

  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *******
  • Wiadomości: 1464
  • Thanked: 280 times
  • Ilość Plusów: 434
  • Płeć: Mężczyzna
  • Na forum od: 16.02.2016r.
  • System:
  • Windows 10 Windows 10
  • Przeglądarka:
  • Edge 16.16299 Edge 16.16299
Odp: Taka jest moja prawda
« Odpowiedź #88 dnia: 29 Marzec, 2018, 10:24 »
Cytuj
Wiara jest łaską, światłem, który rozświetli najgłębszy mrok, drogowskazem w naszym ziemskim życiu.
 

Offline fiodor99

  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *******
  • Wiadomości: 1464
  • Thanked: 280 times
  • Ilość Plusów: 434
  • Płeć: Mężczyzna
  • Na forum od: 16.02.2016r.
  • System:
  • Windows 10 Windows 10
  • Przeglądarka:
  • Edge 16.16299 Edge 16.16299
Odp: Taka jest moja prawda
« Odpowiedź #89 dnia: 30 Marzec, 2018, 23:07 »
Wielki Piątek to dzień Krzyża.



Cytuj
Żyjemy z czasach powszechnej profanacji Krzyża Chrystusowego. Jak świat długi i szeroki znak naszego zbawienia znieważają sataniści, poganie, ateiści, heretycy i pospolici durnie. Gorzej, że nagminnie zdarza się to również chrześcijanom.
 
Wchodzi polski katolik do kościoła. Oblicze jego ponure – wszak w progi domu Bożego wstępuje, więc z czego się tu cieszyć. Kilka kroków w głąb – nie za daleko, bo jeszcze go Pan Bóg zauważy – po czym z nagła staje i ni to potykając się, ni dygając robi wykrok w tył, by w lekkim pochyleniu popukać się półzwiniętym kułakiem w okolicach mostka. Oto we własnym mniemaniu uczynił znak krzyża.
 
A w istocie dopuścił się świętokradztwa – czymże innym bowiem jak nie kpiną z krzyża jest podobne zachowanie? Przed grzechem ciężkim broni go brak złej intencji, ale wykonany gest pozostaje faktem. I nosi znamiona szyderstwa, choć niezamierzonego.
 
Bo czyż taki na poły magiczny akt nie wyraża w istocie pogardy dla krzyża? A już na pewno lekceważenie. Krzyżem wszak z żadnym wypadku nie jest. Krzyż to przecież figura geometryczna powstała z przecięcia dwóch linii pod kątem prostym – cóż ma z nim wspólnego nerwowe zamajtanie dłonią przy klatce piersiowej?
 
Krzyż jest najświętszym znakiem chrześcijan i jako taki wymaga od nich najwyższego szacunku i czci. Czcząc krzyż oddajemy hołd Temu, który na nim cierpiał i umarł dla zbawienia świata. Przez krzyż – jak zwięźle a trafnie wyjaśnia znakomity Katechizm katolicki kardynała Piotra Gasparriego – „wyznajemy na zewnątrz główne tajemnice wiary chrześcijańskiej (…) tajemnicę jednego Boga w trzech rzeczowo różnych Osobach: w Ojcu, Synu i Duchu Świętym i tajemnicę Odkupienia ludzkiego przez wcielenie, mękę i śmierć Jezusa Chrystusa, Syna Bożego. (…) Znak Krzyża Świętego wskazuje na te dwie tajemnice wiary chrześcijańskiej, ponieważ słowa jego oznaczają jedność Boga w trzech różnych Osobach, kształt zaś Krzyża, który opisujemy ręką, przypomina Odkupienie, dokonane na drzewie Krzyża przez Jezusa Chrystusa”.
 
Mamy więc ręką opisać Odkupienie! Toż moja ręka na samą myśl o tym powinna się cała spocić ze strachu. I drżeć, czy z należytą powagą, dbałością i namaszczeniem znaczy najświętszy symbol. A znaczyć go trzeba na każdym kroku. „Czy wychodzimy z domu, czy wchodzimy; przy ubieraniu szat i obuwia; czy siadamy, czy wstajemy od stołu; czy korzystamy z kąpieli; przy zapalaniu światła; kiedy kładziemy się do łóżka i kiedy siadamy, we wszystkich okolicznościach czyńmy znak krzyża” – zachęca Tertulian. A święty Cyryl Jerozolimski dodaje w podobnym tonie: „Ufnie czyńmy znak krzyża palcami na czole i na wszystkim: na chlebie, który spożywamy, na kielichu, który pijemy, przy wejściu i przy wyjściu, przed snem, kładąc się na spoczynek, przy wstawaniu, chodzeniu i spoczynku!”
 
Znak krzyża nie jest zewnętrznym rytuałem, lecz jednym z sakramentaliów, czyli „znaków świętych, które z pewnym podobieństwem do sakramentów oznaczają skutki, przede wszystkim duchowe (…) i uświęcają różne okoliczności życia” (Sacrosanctum concilium, 60). Stąd też „krzyż, który na powietrzu ręką czynimy, i nim siebie oraz wszystkie inne rzeczy nasze żegnamy (…) jest to znak nam wielce zbawienny, którym zbroję na się i obronę kładziemy, diabły odstraszamy, błogosławieństwa dostajemy, i wszystko, co czynimy, krzyżem żegnając, w dobre sobie i zbawienne używanie obracamy” – wyjaśnia ksiądz Piotr Skarga.
 
Krzyż tak uczyniony to – wedle Cypriana z Kartaginy – „duchowy hełm dla ochrony głowy, aby umocnił uszy, żeby nie słyszały zgubnych edyktów; aby chronił oczy przed widokiem wstrętnych bałwanów; niech umocni czoło, aby znak Boga pozostawał nieskalany; niech ustom użyczy mocy, by język zwycięsko wyznał swego Pana, Chrystusa”.
 
Każdy znak krzyża uczyniony ręką czy to na sobie samym czy na innej osobie przynosi konkretne skutki duchowe. Jest przeto „pożyteczne, a nawet bardzo pożyteczne żegnać się często i pobożnie Krzyżem Świętym, zwłaszcza na początku i końcu czynności” – uczy katechizm. Dlaczego? „Ponieważ znak ten, gdy się go czyni należycie, jest zewnętrznym aktem wewnętrznej wiary, i dlatego ma on tę moc, że pobudza wiarę, zwycięża wzgląd ludzki, oddala pokusy, odwraca niebezpieczeństwa grzechu i zjednywa u Boga inne łaski”.
 
Zechciejmy jednak zauważyć w powyższej nauce wyraźny warunek: „gdy się go czyni należycie”. Jedynie wtedy można się spodziewać Bożej pomocy, opieki i natchnienia. Gdy się jednak rysuje na piersiach quasi czarodziejskie znaki, czy można oczekiwać, by Pan wejrzał łaskawie na dopuszczających się tego. Bo co w istocie piszą oni na swych piersiach? Kogo bezwiednie wzywają?
 
Katechizm uczy jasno: „Znak Krzyża Świętego należy czynić w ten sposób, że się prawą rękę przykłada do czoła i wymawia przy tym słowa: W imię Ojca, potem do piersi – i mówi się: i Syna, w końcu na lewe i na prawe ramię – i mówi się: i Ducha Świętego. Amen. Ma się w tym jednocześnie kryć absolutnie świadoma deklaracja pragnienia i pełnej gotowości, by przyjąć Słowo Boże rozumem, miłować Trójcę Przenajświętszą całym sercem i bronić Świętego, Rzymskokatolickiego Apostolskiego Kościoła ile sił w ramionach.
 
Pomyśl o tym bodaj przez chwilę, katoliku, który znak krzyża czynisz tak niedbale, że nieomal go profanujesz. Ile łask Bożych marnujesz. Niby niechcący, ale jednak – obiektywnie patrząc – w ostateczności czynisz zło. Zastanów się choćby nad tym, jak sobie poradzisz z prawdziwym krzyżem, który kiedyś spadnie na twoje barki – a bądź pewny, że jak w przypadku Szymona z Cyreny, zupełnie nieoczekiwanie – jeżeli nie jesteś w stanie udźwignąć symbolu?
 
Warto się nad tym wszystkim pochylić w zadumie zwłaszcza w Wielki Piątek – Dzień Krzyża, na którym zawisło Zbawienie świata. Pójdźmy z pokłonem godnie i prawidłowo kładąc na naszych czołach, sercach i ramionach znak Odkupienia.
 
Jerzy Wolak
źr. PCh24.pl
Cytuj
Wiara jest łaską, światłem, który rozświetli najgłębszy mrok, drogowskazem w naszym ziemskim życiu.
 

 

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24